Paweł Szura druhą na "Hajmatowych gupotach" - łucznik walczył z kontuzją
Paweł Szura wrócił z Węgier po udziale w Mistrzostwach Świata. Polak walczył w Szilvásvárad z bolącą od kilku tygodni ręką, która pogłębiła się w ferworze rywalizacji. Pomimo kontuzji nie zrezygnował z udziału - efektem było dwudzieste miejsce w imprezie światowej elity. Po powrocie do kraju w turnieju "Hajmatowe gupoty" w Rybniku wywalczył drugie miejsce, strzelając z łuku krymsko-tatarskiego.
W pigułce
- Paweł Szura startował w Mistrzostwach Świata w Szilvásvárad z kontuzją ręki
- W imprezie światowej elity zajął dwudzieste miejsce
- Podczas turnieju "Hajmatowe gupoty" w Rybniku zajął drugie miejsce
- Zmiana na łuk krymsko-tatarski przyszła polskiemu łucznikowi na dobre
Mistrzostwa w bólu
Do Węgier Szura jechał już ograniczony fizycznie. Bolącą rękę próbował leczyć od kilku tygodni, ale rywalizacja ze światową elitą pogłębiła kontuzję. Decyzja była jednak jasna - z "orzełkiem na piersi" nie rezygnuje.
Łucznik nie poddał się i do końca imprezy walczył, zaciśkając zęby, stosując maści i leki. Dwudzieste miejsce w Mistrzostwach Świata to dla niego wynik osiągnięty w trudnych warunkach. Sam Szura przyznaje jednak, że była to również "potężna, sportowa lekcja pokory".
"To wspaniały wynik wywalczony w trudnych warunkach, ale też potężna, sportowa lekcja pokory. Zawsze trzeba być uczciwym i porównywać się do reszty świata, a ten świat niesamowicie ucieka. Patrząc na poziom zawodników ze Słowacji czy Węgier widać wyraźnie, że ścisłe podium to na ten moment zupełnie inna liga" - Paweł Szura, łucznik
Druga pozycja w Rybniku z innym sprzętem
Po powrocie z Węgier mongolski łuk musiał powędrować na stojak. W Rybniku Szura chwycił łuk krymsko-tatarski, który pracuje "dużo bardziej miękko i łagodnie". Zmiana ta okazała się trafna.
Strzelając poobijanymi strzałami z nieostrzelanego sprzętu, polak wywalczył drugie miejsce. Turniej nie należał do łatwych - cele były niecodzienne i wymagały precyzji. Pancerne figury, gumowy rekin w stawie, wahadła, ruchome zwierzęta 3D czy strzelanie z drewnianego konia jadącego po szynach. Na koniec figura niedźwiedzia postawiona na dystansie 130 metrów.
"Nazwa imprezy nie kłamie - to była łucznicza jazda bez trzymanki. Cele robiły wszystko, żeby przetrwać. Pancerne figury, na których chybienie w miękki punkt oznaczało rozbicie strzały w drobny mak. Gumowy rekin w stawie, gdzie pudło równało się utopieniu strzały. Wahadła, ruchome zwierzęta 3D, czy chociażby strzelanie z drewnianego konia, który jechał po szynach. A na deser figura 3D, niedźwiedzia, postawiona na abstrakcyjnym dystansie 130 metrów" - Paweł Szura